sobota, 17 stycznia 2015

1 ROZDZIAŁ "Niewidoczny uśmiech"

Rozdział 1

Śpiewając popowe kawałki razem z moim zespołem „Verano” zawsze czułam się wyluzowana. Kochałam swoich fanów, tak jak oni kochali mnie. Każdy koncert był dla mnie niezapomnianym przeżyciem, szczególnie, gdy po nim czekało na mnie spotkanie z wielbicielami i podpisywanie autografów, co kochałam.  Jedynym minusem mojego bogatego życia był ciągły stres i wieczne podróże na koncerty. Nie miałam życia prywatnego odkąd wygrałam pierwszą edycję kultowego programu telewizyjnego. Od tego czasu stałam się rozpoznawana na ulicach, zyskałam wielbicieli, ale też anty-fanów,  od których nie jeden raz słyszałam obraźliwe odzywki dotyczące mojej osoby, czy piosenek, które śpiewam. Nigdy się tym nie przejmowałam, aczkolwiek jestem delikatna, więc coś w środku mnie zalewało się łzami słysząc coś takiego. Czasami żałuję, że wybrałam taką drogę życia ze względu na to, że nie mam prywatności, ale z drugiej strony świadomość, że moje zdjęcia wiszą na ścianach tysiąca ludzi jest naprawdę motywująca. Stałam się popularna nawet poza Polską, ponieważ zwykle śpiewam hiszpańskie piosenki, bo wielu ludzi jest zafascynowanych tym językiem. Jednak mam jedną, znaczącą tajemnicę, z którą ciężko mi żyć… Dzisiaj miałam pojechać do małej miejscowości pod Warszawą. Nie przeszkadzało mi,  że dostanę bardzo mało pieniędzy za ten występ, dla mnie liczyli się fani i muzyka.  Z mojego rodzinnego miasta, Poznania, wyruszyłam o świcie, czerwonym autokarem. Na szczęcie mój wyjazd był zaplanowany i nie musiałam jeździć publicznymi środkami transportu, co było dla mnie strasznie męczące. Wsiadłam do autokaru, w którym kierowca przywitał mnie z ogromnym bananem na twarzy.
- Oh! Dzień dobry panno Grace Rawillson! Jakie szczęście mnie spotkało, że mogę z panią pogadać! - ciągle się szczerzył. Jego małe, zielone oczy zasłaniały okulary o bardzo grubych szkłach, a siwą czuprynę ledwo było widać  na płaskim czole. Odwzajemniłam uśmiech – to zaszczyt przewozić panią! – dodał.
- Ja również się cieszę. – odpowiedziałam bez entuzjazmu. Byłam zmęczona, chciałam się przespać, ale chyba do końca drogi będę na niego skazana. Cóż, takie życie gwiazdy. Mój menedżer zaproponował mi siedzenie na fotelu niedaleko okna na dachu pojazdu. Czasem mnie wkurzał, podejmował za mnie decyzje, które bez problemu mogłabym załatwić sama! Przecież nie jestem małym dzieckiem, które trzeba karmić! Po chwili do autokaru wsiedli moi kumple z zespołu. Wskazałam na Michaela, sztywnego gościa bez uczuć, co miało znaczyć „dzisiaj ty siedzisz ze mną!”. Chłopak spojrzał na kolegów, uśmiechnął się i powędrował ze swoją niebieską gitarą elektryczną w moją stronę. Jego krwisto czerwone, przefarbowane, jak na chłopaka średniej długości włosy lekko powiewały na wietrze dostającym się do pojazdu przez otwarte drzwi. Michael był ode mnie o wiele wyższy, co dodawało mu męskości, gdy siedział obok mnie.
- Wszyscy są?! – krzyknął kierowca.
-  Tak – odpowiedziałam znudzona.
- A więc możemy zacząć podróż! – powiedział z uśmiechem. Autokar ruszył. Wszyscy układali się do snu, oprócz Michaela, który był chyba skrępowany moją obecnością.
- Możesz się przespać, nie krępuj się. Ja nie mam ochoty, poza tym muszę dodać jakieś fotki na mojego fanpage’a.
- NASZEGO fanpage’a panienko. – powiedział z uśmiechem.
- Oczywiście! – zaśmiałam się. Jego bezpośredniość czasem mnie dobijała, ale to już było lepsze niż sztuczne klejenie się do mnie tylko ze względu na sławę. Nienawidziłam tego i ludzi, którzy próbowali to uskuteczniać.
- Panno Rawillson, można troszkę ciszej? Próbuję zasnąć. – nagle odezwał się Pit, mój menedżer.
- Boże, Pit! Czy ty zawsze musisz psuć dobry nastrój?!
- Nie tym tonem panienko, nie tym tonem.
- Traktujesz mnie jak dziecko!
- Tego ci potrzeba moja droga, nigdy nie zaznałaś ciepła rodzinnego, nigdy nie poznałaś co to miłość, nikt nigdy cię nie kochał, rozumiesz?!–Wrzeszczał. Miałam ochotę go udusić! Nienawidziłam, jak ktoś mówił o tym, że nigdy nie miałam prawdziwych rodziców i to jeszcze w taki sposób! Fakt, nie było mi dobrze w domu dziecka, ale później się do tego przyzwyczaiłam. W końcu to dzięki niemu dostałam się do programu, wtedy na wszystko miałam czas.
Łzy napływały mi do oczu. Próbowałam je powstrzymać, bo nie chciałam rozmazać makijażu, ale emocje, jakie się we mnie kotłowały były silniejsze. - Panno Rawill… - nie pozwoliłam mu dokończyć.
-Wyjdź! Zwalniam cię! – krzyknęłam ze łzami w oczach. Wszystko przez niego! Nie moja wina, że jestem bardzo delikatna. Nawet najmniejszy dotyk stłucze szkło, z którego jestem zbudowana, a ono nigdy już nie zostanie poskładane we właściwy sposób, a nawet jeżeli, to pozostawi głęboki ślad i puste szpary w naszym sercu. Przez moją karierę wokalną i wymyślanie tekstów, metafory przenoszę nawet do mojego  życia.
- Ale panno Grace, nie może pani! Przecież jestem najlepszym menedżerem!
- Nie jesteś mi potrzebny. Wyjdź, powiedziałam! – tym razem zwróciłam się do łysawego kierowcy – proszę się na momencik zatrzymać.
Starszy pan wysłuchał mojej prośby i w wolnym miejscu zaparkował pojazd.
- Masz czas, żeby wyjść. Jak nie, to zadzwonię na policję! – krzyczałam.
- Z- za co?!
- Nie powinieneś mnie w ten sposób upokarzać. Tam są drzwi! – w tym momencie miałam szczęście, że wokół nie było reporterów. Nie chciałam, żeby zobaczyli mnie w takim stanie. Rozmyty makijaż, podkrążone oczy – po prostu masakra!
Po kilku minutach załamany Pit wyszedł z autokaru.
- Kiedyś się zemszczę, zobaczysz! – syknął trzaskając małymi drzwiami pojazdu. Autokar ruszył zostawiając mojego byłego menedżera na pastwę losu. Zasłużył sobie.
- Boże, Grace! Wszystko okej? – zapytał Michael – jeszcze nigdy nie widziałem cię w takim stanie!
- O co mu chodziło? – pogrążyłam się w myślach. Nie chciałam wspominać tego, co się stało przed chwilą, ale słowa Pita nie dawały mi spokoju. Coś było z nim nie tak…
- Jeszcze tylko kilka minut drogi! – wyjaśnił kierowca – dojeżdżamy na miejsce!
- Nie musi pan tak krzyczeć. Widzimy znaki drogowe. – spokojnie odrzekł Lucas, perkusista w moim zespole.
- Będziemy mieli jeszcze dwie godziny dla siebie. – odparłam. – to czas prób najtrudniejszych piosenek i oczywiście przygotowanie wizualne do występu, to znaczy: makijaż tylko dla mnie, wy nie potrzebujecie, wniesienie sprzętu na scenę, przebranie się w jakieś fajne ciuchy. Pamiętajcie o tym.
- Jasne. – odpowiedział przynudzony Jacob, nasz drugi gitarzysta i brat bliźniak Lucasa. Są praktycznie identyczni, biorąc pod uwagę rysy twarzy, jak i charakter. Ich przeciwieństwem był Michael, nudny i sztywny gość bez poczucia humoru. – ciągle nam to powtarzasz! – dodał Jacob.
- Bo nie chcę, żeby powtórzyło się zdarzenie sprzed dwóch miesięcy, panowie! – zaśmiałam się.
- Nie ma takiej opcji! Tym razem występ się uda – wtrącił się Lucas.
- Nie bądź tego taki pewien. – odezwał się Michael.
- Ty zawsze umiesz popsuć nastrój! – skarcił go Jacob.
- A wy umiecie marzyć na jawie. Zawsze coś się może wydarzyć. To, że wtedy nie wzięliśmy sprzętu wynika tylko i wyłącznie z pecha.
- Nie z pecha tylko z twojej sklerozy, Michaelu! – zaśmiał się Jacob.
- Mojej sklerozy!? A kto rok temu…
- DOŚĆ! – wrzasnęłam – Każdy z nas popełnia błędy. Musiałam przerwać waszą zaciętą dyskusję, ponieważ dotarliśmy na miejsce.
- Panie przodem – powiedział Lucas i otworzył drzwi autokaru.
- Dziękuję. – czułam, że się czerwienię, wiem, że bardzo to widać na mojej trupio bladej skórze, więc szybko się odwróciłam.
- Panu również dziękuję za miłą jazdę! – zwróciłam się do kierowcy.
- Cała przyjemność po mojej stronie panno Rawillson! – uśmiechnął się. To chyba było w jego naturze. Wieczne szczerzenie się. Zastanawiam się, czy gdy nakrzyczałam na Pita, on się uśmiechał. Trochę dziwny z niego typ.
- Panie przodem! – powiedział Jacob patrząc na Michaela.
- Ale śmieszne, boki zrywać. – odrzekł gitarzysta podkreślając sarkazm tego zdania.
- Zero poczucia humoru, ZERO! – zaśmiał się Jacob. Tak naprawdę bardzo lubił Michaela, ale jeszcze nigdy nikt nie zrozumiał ich przyjaźni. Okazywali to w dziwny sposób.
- Dobra chłopaki, to nie miejsce, ani czas na wygłupy!
- Ale przyznasz mi racje, prawda? – Jacob spojrzał na mnie błagalnie.
- Ehh… - zaczerwieniłam się. Nie wiedziałam co zrobić. Bardzo lubiłam Jacoba, ale żal mi było Michaela, który był zwykle odtrącany. Rozumiałam jego ból , ale sam sobie taki los zgotował.
- Chłopaki, Grace, szybciej! – wrzasnął Lucas.
Jacob i Michael wyszli z pojazdu, prosto na ponury chodnik, na którym czekało kilkadziesiąt fanów. Jejku, nie mają kiedy załatwiać takich spraw?! Akurat teraz, kiedy spieszę się na koncert?
- Kochani, mam nadzieję, że będziecie na moim dzisiejszym koncercie, bo tutaj nie rozdaję autografów. Bardzo się spieszę.
Wszyscy zaczęli krzyczeć, widziałam dziesiątki rozczarowanych twarzy, ale zwróciłam uwagę tylko na jedną, na czarnowłosego chłopaka z błękitnymi oczyma, wyglądał, jakby był w moim wieku. Gdy zauważył, że na niego patrzę i nasze oczy na ułamek sekundy spotkały się, szybko spuścił wzrok. Polubiłam go, chociaż nawet nie zamieniliśmy zdania. Różni ludzie, różnie na mnie działają, ale on był wyjątkowy.
- Grace, wszystko okej? – szepnął Lucas.
- T - tak. – poczułam się jak wyrwana z jakiegoś transu. Wtedy chłopak o kruczoczarnych włosach zniknął gdzieś w tłumie, a ja szłam przed siebie myśląc, że to tylko sen. Ale sny się nie spełniają ot tak, trzeba na nie zasłużyć, a ja widocznie nie jestem przykładem dobra, ponieważ przechodząc obok tłumu fanów nie mogłam dostrzec Jego twarzy pozbawionej uśmiechu  jeszcze raz. Słyszałam za sobą przejmujący krzyk Lucasa, który wołał mnie, ponieważ byliśmy śmiertelnie spóźnieni, ale ja szłam dalej. Dlaczego? Nie wiem. W pewnym momencie ktoś chwycił mnie za ramię.
- Boże, Michael! – strasznie się wystraszyłam, ale poczułam, że to on.
- Wystarczy tylko Michael. Grace, co ty do dzisiaj, do cholery wyrabiasz?!
- Przepraszam, nie wyspałam się. – powiedziałam szczerze. Po części to była prawda.

- Musisz się opanować, bo inaczej, nie zagramy tego koncertu, rozumiesz?!
– zdziwieni ludzie patrzeli na niego, jakby na jakiegoś wściekłego psa.
- Dobrze, już idę. – czułam się zażenowana, i upokorzona, ale w końcu poszłam za chłopakami. Tego to już nie wybaczę Michaelowi!
Gdy przemierzałam puste ulice razem z moim zespołem, daleko przed sobą ujrzałam osobę z czarnymi włosami powiewającymi na wietrze, nagle zrobiło mi się śmiertelnie zimno. Zatrzymałam się na chwilę, podczas gdy Lucas, Michael i Jacob szli przed siebie. Coś nie pozwalało mi się ruszyć. Cień naszedł mi przed oczy. W ułamku sekundy miałam wizję: chłopak ucieka od tłumu ludzi, aby wrócić do domu. Czułam, że jest smutny, że ma jakiś problem, który ciężko rozwiązać. „Patrick!” – usłyszałam czyjś głos. Chłopak pobiegł za nim. Stanął prosto przede mną patrząc mi w oczy.  Jego twarz pozbawiona była jakiegokolwiek uczucia. Ani smutek, ani radość. To była… gorycz? Chłopak zbliżył się jeszcze bliżej, tak, że prawie dotknął mnie ustami. W głębi serca, chciałam aby ta chwila trwała jak najdłużej, ale fizycznie byłam przerażona. W pewnym momencie chłopak zniknął, poleciał w chmury, a na miejscu, gdzie stał, widniało tylko małe, białe piórko. Chciałam je podnieść, ale ono również zniknęło, zostawiając widoczny ślad na mojej dłoni. Ślad ognia.
Stałam tak przez chwilę, dopóki nie byłam pewna, że to On.

Pierwszy rozdział, jak zwykle kiepski :D Drugi będzie trochę lepszy ;) Pozdrawiam, do zobaczenia! 
~Zosia c:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz